Côtes de Bourg czyli pijmy bordeaux

Stephen Brook w „Bordeaux – People, Power and Politics” z 2002 r. twierdzi, że wielu ludzi uważa, iż regiony takie jak Bourg czy Blaye leżą gdzieś w Dolinie Rodanu. Dziesięć lat później mam głębokie przekonanie, że niewiele się w tej kwestii zmieniło. A szkoda.

Podczas gdy świat (a przynajmniej Chińczycy) gotów jest płacić za czołowe butelki znad Żyrondy i Dordogne setki euro, satelickie apelacje Bordeaux pozostają właściwie nieznane. Gdy w ostatnią środę mknęliśmy rankiem z St. Émilion na zachód przecinając winnice AOC Fronsac, mój towarzysz podróży zajmujący się polskim rynkiem w wielkiej rodzinnej firmie winiarskiej Castel potwierdził inne słowa Brooka sprzed ponad dekady – Fronsac? Bardzo dobra jakość i gigantyczne problemy ze sprzedażą. Pytany o powody mówił o złej strategii, o młodym pokoleniu, które widząc niskie ceny win produkowanych przez rodziców z rzadka chce się dalej bawić w winiarstwo. Zamknięte koło.

Château du Bousquet

Smutne, choć piękne Fronsac zostało za plecami. Dotarliśmy do Bourg, do Château du Bousquet. I to akurat historia ze szczęśliwym zakończeniem. Jej początki sięgają XVI wieku, kiedy nad Dordogne przybyła rodzina Boucaud. Z dzisiejszego punktu widzenia najbardziej istotna data do rok 1960, kiedy posiadłość została kupiona przez Pierre’a Castela. Transakcja miała prywatny podtekst. Ojciec Pierre’a pracował w Bousquet jako zwykły najemny robotnik po tym, jak uciekł do Akwitanii z frankistowskiej Hiszpanii. W 1949 r. Pierre Castel założył firmę winiarską, która 60 lat później miała być największą rodzinną firmą działającą w tym sektorze w Europie. W 1957 r. Castelowie kupili swą pierwszą posiadłość w Bordeaux, Château de Goëlane, trzy lata później wzbogacili się o zamek w Côtes du Bourg (dziś tylko w Bordeaux mają 17 châteaux).

Château du Bousquet jest dziś największą posiadłością w AOC Côtes du Bourg i z pewnością jedną z nielicznych, które odnoszą sukces. Nietrudno domyśleć się, że stoi za nim potężna machina dystrybucyjna grupy Castel, choć byłoby niesprawiedliwe nie docenienie samego wina. Pochodzące z łagodnych wzgórz otaczających posiadłość owoce merlota (dwie trzecie kupażu), caberneta i malbeca (ledwie 4%, ale w Bousquet deklarują powrót do tej wiodącej niegdyś w Bordeaux odmiany) dają wino nawiązujące do bordoskiej tradycji: średnio zbudowane, z dobrym owocem, taniczne, ale ładnie zaokrąglone, stworzone do jedzenia. We Francji kosztuje nieco poniżej 10 euro (w Polsce ok. 54 zł), co czyni je bardzo przyzwoitym winem codziennym.

Takich win – bardzo użytecznych, rasowych, klasycznych, do codziennego picia, kosztujących kilka-kilkanaście euro – jest w Côtes de Bourg zdecydowanie więcej (by wymienić za Hugh Johnsonem czołówkę apelacji: Brûlesécaille, Bujan, Civrac, Falfas, Fougas, Guerry, Haut-Guiraud, Haut-Maco, Haut Mondésir, Macay, Mercier, Nodoz, Roc de Cambes, Rousset czy Sociondo). Na polskie (przy czym nie jesteśmy tu jakimś szczególnym wyjątkiem) stoły trafiają bardzo rzadko i trudno się dziwić, bo ich zdobycie wymaga od winopijcy zazwyczaj wyprawy do Francji (komu z kolei chce się targać w walizce, choćby i bardzo smaczne, wina codzienne?). Warto zatem, by poszukujący cenowych okazji importerzy zajrzeli do Côtes du Bourg, Fronsac i wielu innych satelickich apelacji bordoskich. Perełek starczy dla wszystkich.

Dużo więcej o Bordeaux w drukowanym Magazynie WINO jesienią. Tymczasem polecam artykuł Agnieszki Kumor o Côtes du Bourg w portalu Vinisfera.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

4 x Sycylia

Sycylia ma wiele twarzy. Czasy, w których wina z największej włoskiej wyspy można było wrzucić (wlać?) do jednego worka dawno minęły, co dobrze pokazała doroczna degustacja „Bud Break” u Roberta Mielżyńskiego.

Warszawski importer przebudował (i znacząco rozbudował) w ostatnim roku swoją sycylijską ofertę. Do pojedynczych butelek Tenuta Rapitalà dołączyły wina czterech producentów z różnych zakątków wyspy, o zdecydowanie odmiennym charakterze. To dobrze, bo przed rokiem, przy okazji „Bud Break” poświeconego Toskanii można było narzekać na zbyt jednorodny gust importera.

Cenową podstawę nowej sycylijskiej oferty Mielżyńskiego stanowią wina Settesoli – gigantycznej (blisko 5000 ha winnic i 2377 członków daje jej pozycję największej spółdzielni w Europie) winiarni z Menfi, dla której to już kolejny debiut na polskim rynku. Importer sięgnął po czołową serię spółdzielców, Mandrarossa, z której poszczególne butelki od lat zdobywają uznanie włoskich krytyków (częste due bicchieri, niekiedy nawet „trzy kieliszki” dla czołowego kupażu Cartagho).
W 2011 r. udało mi się odwiedzić Settesoli dwukrotnie i za każdym razem miałem poczucie, że tych bardzo mainstreamowych, ale niezwykle porządnie zrobionych i po prostu smacznych (a przy tym relatywnie tanich) win bardzo na polskim rynku brakuje. Nie ma tu przesadnych ambicji (może z wyjątkiem zbyt prężącego muskuły, napakowanego nero d’avola Cartagho), jest za to bardzo pozytywne myślenie o szerokiej publiczności, dobra jakość owocu i technologiczna sprawność. Mandrarossa nie są winami dla poszukiwaczy oryginalnych smaków i rysu terroir, za to w znakomity sposób zaspokoją potrzeby pijących wino na co dzień.
Z win Settesoli prezentowanych u Mielżyńskiego do gustu przypadły mi najbardziej piaskowa, dobrze kwasowa i soczysta Santanella 2011 (niestety, na razie w Polsce niedostępny) – kupaż fiano, viognier i chenin blanc oraz Bonera 2011, przyjemnie podkręcony beczką kupaż nero d’avola, cabernet sauvignon i cabernet franc, w którym po obfitym, wyrazistym nosie następują relatywnie subtelne, jagodowe, bardzo pijalne usta. Za 43 pln może być to hit nadchodzących miesięcy.

Nadmorskie winnice Settesoli w okolicach Menfi fot. tpb

Castelluci Miano to kolejna spółdzielnia w portfolio Roberta Mielżyńskiego. Tym razem jednak skala przedsięwzięcia jest niewielka – ledwie 125 członków uprawiających winnice na zboczach pasma Madonie opodal Valledolmo, na południowy-wschód od Palermo, w sycylijskim interiorze. Parcele leżą na wysokości 500-1000 m n.p.m. Klimat jest tu dość surowy, wietrzny. Część winnic liczy nawet 40 lat. W Warszawie próbowaliśmy rześkiego, piaskowego catarratto Miano 2011 (48,50 pln) o ciekawej nucie wodorostowo-landrynkowej; Syrah 2009 (48,50 pln) to szczodre, południowe wino, jednak nie tak ciężkie, jak zapowiadałby to skoncentrowany nos, z ładną nutą leśnych owoców, świeże; Perric.One 2009 powstaje z autochtonicznego sycylijskiego szczepu perricone (zwanego też pignatello – ok. 1000 ha upraw na całej wyspie) – jest oryginalnym, zdominowanym przez nuty owocowe winem o dość szorstkiej, na razie, fakturze i przyjemnej soczystości. Niestety, kosztuje aż 87 pln, podczas gdy jakościowo pozostaje zbliżone do Syrah.

Zisola to posiadłość rodziny Mazzei w pobliżu barokowego miasteczka Noto, na południowo-wschodnim krańcu Sycylii, niedaleko Syrakuz. I jak na Mazzei przystało, dwa powstające tu wina są południową wersją tego, co doskonale znamy z Castello di Fonterutoli: szczodre, nowoczesne, pełne nut beczkowych, ale wciąż bardzo eleganckie wina. Degustowaliśmy dwa roczniki Zisoli, lekko marmoladowy w nosie i w kontekście tego zaskakująco świeży i relatywnie lekki rocznik 2010 oraz ciężki, dżemowy, wyraźnie zmęczony w nosie i znów przyjemnie owocowy, jagodowy, przy tym bardzo harmonijny na podniebieniu 2009 (oba wina to czyste nero d’avola). Cena 77 pln.
Przy podstawowej Zisoli wino premium z sycylijskiej posiadłości Mazzeich jest jak turboviagra. Doppiozeta 2008, DOC Noto (wszystkie opisane wcześniej wina to IGT Sicilia) to kupaż 60% nero d’avola, 30% syrah i 10% cabernet franc. Wino ma blisko 15% alkoholu i zdominowane jest przez smolne, wędzone nuty beczki; na podniebieniu czuć dobrą integrację i pierwsze oznaki dojrzałości, szczodrą elegancję, którą dobrze znamy z toskańskich win Mazzeich. Kto zatem lubi Fonterutoli nie będzie winami z Zisoli rozczarowany. Cena Doppiozety to 159 pln.

Federico Curtaz z Tenuta di Fessina fot. tpb

Moje największe emocje wzbudziła degustacja win z Etny, czego spodziewałem się co najmniej od początku października, gdy miałem przyjemność spędzić poranek w winnicach przylegających do winiarni Tenuta di Fessina. Federico Curtaz, Piemontczyk, który latach 1980. i 90. pracował u samego Angelo Gaji oprowadził nas po niezwykłej, porośniętej niekiedy stuletnimi krzewami nerello parceli w Rovittello, dzielnicy Castiglione di Sicilia. Curtaz jest jednym z trzech współudziałowców winiarni (pozostali to winiarka z Toskanii Silvia Maestrelli i jej mąż, Roberto Silva). Najważniejsza była jednak degustacja karafowanej wcześniej butelki magnum flagowego wina TdF, Musmeci 2007, kupażu nerello mascalese i nerello cappuccio z najstarszych i najwyżej położonych winnic – wina iście burgundzkiego w charakterze, o niezwykłej mineralności, przede wszystkim jednak subtelnego, rysowanego bardzo delikatną kreską. Musmeci 2008, DOC Etna (189 pln) pokazane w ostatni piątek na Burakowskiej ma wszelkie zadatki, by osiągnąć za pewien czas podobną klasę – na razie zamknięte, ale podobnie wyrysowane, kamienne, ze świetnym owocem, jak najdalsze od stereotypowych wyobrażeń o cielistych, przegrzanych i ciężkich winach z Sycylii.
Za zdecydowanie mniejsze pieniądze można poczuć o co chodzi Curtazowi i spółce degustując Erse 2009, DOC Etna (83 zł), nie tak strukturalne jak Musmeci, ale równie koronkowo subtelne, z delikatnie smolną, niemal pinotową nutą. Z win TdF, których Mielżyński nie ma na razie w swej ofercie zaskoczyło mnie pozytywnie Chardonnay Nakone 2010 – wino z owoców uprawianych na zachodnim krańcu wyspy, pod Segestą, w okolicach Trapani. Jesienią zeszłego roku wydawało się banalnie landrynkowe – przez dziewięć miesięcy dojrzało, porzuciło słodko-owocowy sztafaż i porusza chodną, kamienną nutą. O Tenuta di Fessina napiszę z pewnością więcej jeszcze w tym roku, w drukowanej wersji Magazynu WINO.

Stara parcela nerello na zboczach Etny fot. tpb

Degustacja sycylijskich win miała swój zaskakujący, bałkański epilog. Na Burakowskiej pojawili się bowiem producenci z Prekmurja, z winiarni Marof, kolejnego słoweńskiego projektu rozkręcanego jakiś czas temu przez Ericha Krutzlera (zapowiedziani) oraz zupełnie niezapowiedziany serbski winiarz Milijan Jelič z Valjeva leżącego na południowy-zachód od Belgradu. Dwa roczniki jego Moravy oraz kameničanka Slovenski san sprawiły, że poświęcę mu wkrótce osobny wpis na blogu.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | 1 komentarz

Vlado i jego graševina

Wszystko zaczęło się blisko dekadę temu, w starym porcie w Dubrowniku, w późno kwietniowe popołudnie. Usiedliśmy z M. w knajpie Lokanda-Peskarija by z zazdrością przyglądać się pojawiającym się na sąsiednich stołach półmiskom z kamenicami. Zazdrość trwała zresztą tylko chwilę, bo zaraz i przed nami pojawił się tuzin świeżych, adriatyckich ostryg. A jednak to nie mięczaki, a towarzyszące im wino stało się bohaterem popołudnia.

Właściwie nic nie trzymało się kupy. Najodpowiedniejszym winem do kamenicy w Dubrowniku wydawał się korczulański pošip, ale – o zgrozo! – na kieliszki go w Lokandzie nie mieli, a na całą flaszkę nie było po prostu czasu. Na kieliszki była za to graševina. Picie welschrieslinga ze Slawonii do ostryg w Dubrowniku zalatywało zdradą, ale nie byliśmy w nastroju ortodoksyjnym, lód pod muszlami zaczynał się topić, a nam zaschło w gardłach.

Lokanda Peskarija w starym porcie w Dubrowniku

Świeżutka kamenica, pewnie z hodowli w zatoce Malostonskiej, była znakomita, jednak w krzesło wmurował mnie naprawdę pierwszy łyk graševiny – niezwykle intensywnej, aromatycznie-mineralnej, soczystej i dyskretnie słodkiej (wino było ewidentnie z późnego zbioru). Nazwisko producenta, Krauthaker, nie opuściło mnie już do końca tamtej, dalmackiej przecież, podróży.

Wina Krauthakera kupowałem w czasie kolejnych pobytów w Chorwacji, próbowałem regularnie na targach Prowein, wreszcie, w listopadzie 2010 r. udało mi się dotrzeć do Kutjeva w pobliżu granicy Slawonii, Baranji i Podrawia i odwiedzić winiarnię Vlado Krauthakera. Niestety, długą degustację win odbyłem pod nieobecność gospodarza. Tymczasem, tuż przed majowym weekendem producent najlepszej chorwackiej graševiny, a być może i w ogóle najlepszy winiarz w kraju zawitał do Warszawy. Spotkaliśmy się w miłej chorwacko-bośniackiej knajpce Ćevap, której właściciel, Slavko jest jednocześnie skromnym importerem win Krauthakera do Polski.

Vlado Krauthaker

Próbowaliśmy nowych slavońskich win z rocznika 2011, który najwyraźniej udał się nie tylko na Węgrzech. Młode sauvignon, pinot blanc, wreszcie graševina nosiły w sobie znakomitą świeżość, przede wszystkim jednak ową chropawą mineralność, która przed laty tak znakomicie zagrała w zestawieniu z ostrygami.

Vlado Krauthaker sprawia wrażenie człowieka niezwykle skromnego choć dziś jego firma to prawdziwa instytucja na miarę nie tylko Slawonii czy Chorwacji, ale i Europy Środkowej. Zaczynał od liczącej jeden hektar winnicy, by dziś pracować na 29 ha własnych parceli i kolejnych 55 ha dzierżawionych.
Winnice leżą w dolinie Požega, na stokach pasma Krndija, częściowo w parku przyrodniczym Papuk. Vlado podkreśla, że to ta sama – 45,3º – szerokość geograficzna co Istria, Piemont, Dolina Rodanu, Bordeaux i Oregon. Dlatego w jego winnicach oprócz traktowanej na specjalnych prawach graševiny (63% nasadzeń) znajdziemy zarówno sauvignon blanc i chardonnay, pinot gris i reński riesling, merlot i pinot noir czy cabernet sauvignon i syrah. Krauthaker wskrzesił też zapomnianą w Slawonii (i po prawdzie wypartą w dużej mierze przez graševinę) odmianę zelenac, z której robi świetne wina słodkie.

Spotkanie z Vlado w ursynowskiej knajpce miało zaskakująco kameralny charakter. Większość gości stanowili mieszkający w Warszawie Chorwaci, którzy podochoceni Krauthakerowskimi winami gromko śpiewali pieśni intonowane przez tenora z opery w Puli, który przybył do Warszawy razem z winiarzem. Przypominało to trochę tajne spotkanie dla wtajemniczonych. Przywiodło też na myśl artykuł o chorwackim winiarstwie, który napisałem w 2004 r. Nazwałem go Za sebe a prijatelje, bo w czasie tamtej podróży miałem nieodparte wrażenie, że największe skarby Chorwaci chowają dla siebie i najbliższych przyjaciół. Takim skarbem jest bez wątpienia Vlado Krauthaker i to już najwyższa pora, by nasi chorwaccy przyjaciele podzielili się nim ze światem.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

2011.hu!

Sprawiedliwość musi być! Po kiepskim (a dla wielu czerwonych win – bardzo kiepskim) roczniku 2010 , 2011 wydaje się na Węgrzech znakomity.

Swój entuzjazm opieram na degustacjach odbytych w ciągu ostatnich dwóch weekendów nad Balatonem i w Egerze. Nad „węgierskim morzem” spróbowaliśmy kilkudziesięciu (często już zabutelkowanych i wypuszczonych na rynek) młodych win – przede wszystkim białych, ale nie tylko. Rześkość i mineralny trop niektórych były powalające, podobnie jak świetna struktura, należyta kwasowość i – zachowując proporcje należne młodziutkim winom – spora kompleksowość. Królewski wydaje się na tym etapie olaszrizling (bardzo eleganckie Lőczedombi Jásdiego; tłuste, aromatyczne, dobrze kwasowe białe Loliense Konyári’ego, gdzie 40% olasza wspomagane jest przez sauvignon blanc i chardonnay), choć nie tylko. Bardzo ładnie, prostolinijnie, ale z mineralnym niuansem prezentuje się Ottonel Muskotály Endre Szászi’ego (napiszemy o nim więcej w czerwcowym Magazynie WINO). Z tej samej, niewielkiej piwnicy pod Badacsony zainspirowało nas także w roczniku 2011 kamienne, zdyscyplinowane, przywodzące na myśl nieco rieslinga wino z uprawianej na wulkanie św. Jerzego odmiany rózsakő (krzyżówka kéknyelű i budai), przede wszystkim zaś zjawiskowe, subtelne, bardzo kwiatowe kéknyelű.

Winnice w Badacsony fot. tpb

Po trzech dniach w Warszawie wróciłem na Węgry, tym razem do Egeru, by razem z Tomkiem Kurzeją sędziować w kolejnej edycji Aranytőke – kameralnego konkursu poświęconego wyłącznie olaszrizlingom, przede wszystkim z Węgier (głównie Eger, Balaton i Somló), ale też ze Słowacji i Czech (usilne namowy Lajosa Gála i György’ego Lőrincza poskutkują za dwa lata, mam nadzieję, doproszeniem producentów chorwackiej graševiny). Gros próbek pochodziło z rocznika 2011 i kilka znalazło się nawet wśród medalistów imprezy.

Wiosna w Egerze fot. tpb

Lajos Gál tłumaczy redaktorowi Kurzeji zawiłości olaszrizlinga

Największy entuzjazm wobec rocznika 2011 na Węgrzech wzbudziły jednak dwie degustacje próbek beczkowych w piwnicach wspomnianych już Lajosa Gála i György’ego Lőrincza (St. Andrea). Ich białe wina zwalają z nóg (u Gála przede wszystkim olaszrizling; w St. Andrei degustowaliśmy potencjalne składniki kupażu Örökké). Czerwone, mimo młodego wieku, są ujmujące. Próbki Lőrinczowskich pinotów z siedlisk Paptag, Ferenchegy i Hangács urzekają żelazną strukturą i finezją aromatów; kékfrankose są hedonistyczne i nawet na tak wczesnym etapie chce się je połykać. Nie inaczej rzecz ma się ze zmysłowymi cabernetami franc.
Podobnie rzecz miała się u Lajosa Gála, gdzie cmokaliśmy nad kolejnymi składnikami jego przyszłych bikavérów: słodko-mineralną kadarką czy muskularnym kékfrankosem, oddawaliśmy hołd radosnemu menoir, cieszyliśmy się pełną dojrzałością cabernet franc.

Z tych parceli pochodzą jedne z najlepszych win egerskich

Obaj winiarze uśmiechali się do swoich win AD 2011 bez fałszywej skromności. Natura wynagrodziła im straty poprzedniego rocznika. W najbliższych miesiącach i latach będziemy mogli przekonać się, jak wina te smakują już po zabutelkowaniu i leżakowaniu w piwnicy. Czekam na te próby z dużą ufnością.

Olaszrizling 2002 z prywatnej rezerwy Lajosa Gála pachniał jak nie przymierzając rasowy puligny-montrachet, ale to już zupełnie inna historia...

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

(Nie)piłkarski wtorek

Rozpoczynające się na początku czerwca Euro powoduje ściśnięcie kalendarza piłkarskiego. W kwietniu i na początku maja trudno znaleźć dzień, w którym nie grała by krajowa liga, Liga Mistrzów, Liga Europejska czy nie toczyły się inne rozgrywki w piłce kopanej. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że z podobną częstotliwością odbywają się tej wiosny winiarskie degustacje w Warszawie.

Tylko wczoraj, 17 marca obchodziliśmy dzień malbeka, zaś Centrum Wina, jeden z największych graczy na polskim rynku zaprezentował zaś swoje nowości.
Dzień malbeka
podobnie jak obchodzone niedawno urodziny rieslinga, czy dzień grenache
to przyjazne winomanom narzędzia marketingowe. Wprawdzie na razie dzień malbeka ograniczył się w Polsce do uroczystej kolacji zorganizowanej przez Jego Ekscelencję Ambasadora Argentyny, pana Gerardo Manuela Biritosa oraz organizację Wines of Argentina dla importerów, sommelierów i dziennikarzy, ale usłyszeliśmy zapewnienia, że za rok, WOFA ma wesprzeć 17 kwietnia polskich importerów argentyńskich win w akcjach promocyjnych skierowanych do klientów.
Tymczasem mieliśmy okazję spróbować w restauracji Belvedere kilku głośnych win z Mendozy – czystych malbeków bądź kupaży na malbekach opartych. Najjaśniej zabłysły Grand Vin z Cuvelier los Andes 2007 rodziny Cuvelier (właścicieli Château Léoville Poyferré w bordoskim St Julien; imp. Mielżyński) oraz Dedicado 2004 z Finca Flichman, kupaż caberneta sauvignon, syrah, malbeka i merlota (imp. Grand Cru). Peter Puławski, który ściąga to wino do Polski pochwalił przy okazji świetne warunki w gdyńskiej Izbie Celnej, gdzie z powodów papierkowych Dedicado 2004 spędziło 2 lata (sic!). Były wina otwarcie nowoświatowe (Kaiken Ultra; imp. Sommelier czy Trapiche Malbec Viña Jorge Miralles; imp. Centrum Wina) ale i nieco bardziej europejskie w charakterze, jak choćby patagoński Malbec od Humberto Canale (imp. Winosfera) czy Primus z Salentein (imp. La Passion du Vin). Bez wątpienia, na jednym stole zebrano jedne z ciekawszych argentyńskich win dostępnych w Polsce – dobra prognoza na przyszły rok, gdy – mamy nadzieję – obejdziemy dzień malbeka nie tylko argentyńskiego, ale też tego z Cahros na południowym-zachodzie Francji.

Zanim pokrzepiłem się urodzinowymi malbekami odwiedziłem salę ludwikowską hotelu Polonia, gdzie importer Centrum Wina pokazywał swoje nowości.
Zaciekawiła mnie oferta nowej w ofercie CW gruzińskiej winiarni Tbilvino z serii Iveriuli. Gama jest bogata i obejmuje aż 13 etykiet, z których najciekawiej prezentowały się owocowo-mięsiste, wytrawne Mukuzani 2007, nie pozbawione nerwu i mimo wyraźnego cukru resztkowego bardzo uzyteczne w połączeniach kulinarnych subtelne Pirosmani 2010, przede wszystkim zaś ledwie słodkie, soczyste i garbnikowe Kindzmarauli 2010 i świetnie mineralna, krwista Khvanchkara 2009 nadająca nowy wymiar półsłodkim winom czerwonym.
Nie zachwyciły mnie natomiast nowe wina bułgarskiej kompanii Slavyantsi z serii Leva, zwłaszcza waniliowe i jednowymiarowe Chardonnay Reserve. Z drugiej strony prostolinijne Pinot Noir 2010 o lekkim, owocowym nosie, które powinno kosztować ok. 25 złotych to już zupełnie sensowne wino codzienne.
Najprzyjemniejszą niespodzianką degustacji sprawiły dwie butelki cenionej winiarni Carlo Haunera z Wysp Eolskich. W portfolio CW znalazły się na razie tylko wina czerwone – Salina Rosso 2009 (kupaż nero d’avola & nerello mascalese; ok. 70 zł) oraz Hierà 2009 (calabrese, alicante, nocera; ok. 85 zł) – oba świetnie esencjonalne, słodko-słone, pełne owocu i swoistej morskiej lekkości. Mam nadzieję, że odniosą sukces, a Centrum ściągnie także pozostałe wina Haunera, przede wszystkim jego sztandarowe malwazje.
Warto odnotować pojawienie się w katalogu włoskim CW legendarnego winiarza z Umbrii, Arnaldo Caprai. Smakowały mi też dwa młode barolo od Mauro Molino, małego (10 ha) producenta z La Morry.
Na koniec wreszcie bardzo sympatyczne burgundy od Vincenta Sauvestra, przede wszystkim warte swej ceny Savigny –Les-Beaune w obu kolorach – białe bardzo rasowe Les Goudelettes (ok. 85 zł) i czerwone, subtelne, bardzo zmysłowe 1er Cru Les Lavieres (ok. 100 zł). Te jaskółki ewidentnie zdaja się czynić wiosnę.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Komentarze są wyłączone

Jeśli cena będzie ok…

Tegoroczny Wielki Tydzień zbiegł się z wielkim tygodniem w Bordeaux, tygodniem w którym setki kupców i krytyków degustują nad Żyrondą i Dordogne beczkowe próbki win z ostatniego rocznika. Z doniesień wynika, że mniej dyskutowano tym razem o samych winach, więcej zaś o tym, ile będą kosztowały.

A założenie jest tym razem takie, że będą kosztowały mniej. 2011, na szczęście nie okazał się wielki. Na szczęście, bo po serii roczników „pięciolecia”, „dekady” czy „półwiecza” ceny win bordoskich zostały wyśrubowane do tego stopnia, że z trudem łyka je nawet rynek chiński – w dużej mierze odpowiedzialny za całą tę hucpę.

Obecni w zeszłym tygodniu w Bordeaux piszą dość zgodnie: rocznik niezły, klasyczny, z winami raczej lżejszymi, bardziej ascetycznymi, bez nowoświatowych naleciałości, rocznik nierówny dla poszczególnych siedlisk (tym razem lepiej wypadły wina z Prawego Brzegu, choć Master of Wine, James Lawther twierdzi, że St. Émilion są dobre, ale nie spektakularne).

Pomerol 2011 - podobno lepszy niż inne wina z Bordeaux w tym roczniku

Głównym tematem rozmów są jednak ceny, które za chwilę poszczególne châteaux ogłoszą. Cytowany przez serwis Decanter.com, londyński kupiec Stephen Browett z firmy Farr Vintners mówi wprost: to nie jest rocznik, który ktokolwiek musi kupić. Klientów trzeba zainteresować ceną.
Ile mogą spaść ceny bordeaux z 2011? Nawet o połowę i więcej. Specjalizujący się w pomerolach i st. émilion kupiec Christian Moueix deklaruje obniżkę cen o 30 do 50%. Decanter.com zbiera spekulacje dotyczące bordoskiej „pierwszej piątki”. Cena za butelkę Lafite’a, Mouton-Rothchilda, Margaux, Latoura i Haut-Brion powinna oscylować w okolicach 200-250 euro. Przed rokiem było to 600 euro. A zatem okazja?

Problem polega na tym, że na rynku jest wciąż mnóstwo świetnych niesprzedanych jeszcze win z wcześniejszych roczników, których ceny pozostają konkurencyjne. Najlepiej wyjaśnia to Browett na przykładzie legendarnego Château Palmer z Margaux zbierającego w 2011 bardzo pochlebne recenzje. Skrzynka (12 butelek) z rocznika 2009 kosztuje w Farr Vintners 2500 funtów; skrzynka 2001 – 1200 funtów. Nawet jeśli cena 2011 będzie o połowę niższa niż 2009 to i tak będzie to więcej niż za co najmniej równie dobry, a zdecydowanie bardziej nadający się dziś do picia rocznik 2001.

Winnice St. Emilion w październiku 2008 - roczniku, który może stanowić punkt odniesienia przy wyznaczaniu cen en primeur 2011

Po latach szaleństw en primeur i potężnych spekulacji dojrzewamy być może do chwili, gdy zwykły śmiertelnik będzie mógł znów sięgnąć po butelkę niezłego bordeaux.
Na razie poznaliśmy cenę en primeur pierwszego bordeaux z rocznika 2011 – Château Angludet, cru bourgeois z Margaux kosztuje 16 euro za butelkę, a więc 20% mniej niż 2010, wciąż jednak nieco więcej niż 2008 (a to z tym właśnie rocznikiem porównuje się najczęściej obecny).
I pomyśleć, że 9 lat temu, za wprawdzie nieco gorszy rocznik 2002 (dziś w przypadku wielu win rehabilitowany i oceniany lepiej niż na samym początku) płaciłem podobne pieniądze za trzecie cru classé, Château Kirwan…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

W obronie Drwala

Nie ukrywam, że do Attili Gerego zawsze czułem słabość. Smakowały mi jego podstawowe wina odmianowe z kékfrankosa i portugiesera (ech, gdzie te czasy, gdy w karczmie w Villány zamawiało się je po z grubsza 2000 forintów butelka) – bardzo pijalne, nie nachalne, czyste i na wskroś środkowoeuropejskie; smakowała środkowa półka z zawsze wartym swej ceny Cabernet Sauvignon Barrique, smakowały wreszcie wina drogie z Cabernet Franc Selection (wg mnie najlepszy franc w Villány) i legendarnym Kopárem na czele. Lubiłem ich ekspresję, rzadko popadały w chorobę nadekstrakcji, mimo swej masywności zachowywały elegancję, kusiły oryginalną nutą spod znaku Mitteleuropy.

W czasie zeszłopiątkowego spotkania „Furmint & Friends” w hotelu Le Regina w Warszawie zostawiłem sobie degustację wina z Gere Pincészet na koniec, po świetnych winach somlóńskich, wytrawnych tokajach, naturalizujących (i jakże pysznych) czerwonych winach Franza Weningera z Sopronu… Wczoraj, we wpisie Ewy Wieleżyńskiej znalazłem nazwisko Gere w kontekście opisu „węgierskiej choroby” charakteryzującej się osiąganiem absurdalnych wyżyn alkoholu oraz pławieniem się w zupiastej konsystencji i rozmamłanych garbnikach. Wszystko, tylko nie to!

Jeśli cokolwiek zaskoczyło mnie w winach Drwala z Villány (Attila Gere jest z wykształcenia leśnikiem) to świeżość i zwrot w stronę jeszcze większej pijalności. Athus Cuvée 2009 (kupaż kékfrankosa, caberneta sauvignon i portugiesera) – był pełen owocu, soczysty, z przyjemną nutą ziemisto-jodową. Nieco dziki, nie dojrzewany w nowym dębie, świetny strukturalnie i znów superpijalny okazał się Cabernet Sauvignon 2008. Najbardziej nowoświatowy w zestawie Syrah 2008 to, mimo smolno-czekoladowych nut, wino o świetnej kwasowości, nie-takie-znów-ciężkie, z uroczą perfumą w końcówce. Wreszcie tercet mocarzy: Cabernet Franc Selection 2008 – supereleganckie, skoncentrowane, czyste, pełne odmianowego charakteru wino, żywe, ze znakomitym owocem, napięte i kwasowe, z całkowicie wtopioną beczką i doskonale dojrzałymi taninami; pełne materii, ale zrównoważone. Kopár 2008 (połowa cabernet franka, 40% merlota i 10% cabernet sauvignon) – jeszcze nieco zamknięte (szkoda, że Andrea Gere nie zdecydowała się go zdekantować), ale świetnie kamienne, ułożone i eleganckie, zdominowane przez aromaty „franka”, bardzo rasowe, o skalno-pluszowej strukturze; Kopár 2008 wydał mi się przy tym zdecydowanie „lżejszy” (zachowując kontekst) od wcześniejszych roczników tego wina. Na koniec Solus 2008, a więc czysty merlot, również z siedliska Kopár – w przeszłości miałem sporo kłopotów z tym winem, jeśli któraś butelka Gerego zdradzała symptomy „węgierskiej choroby” to właśnie ta; a jednak w zeszły piątek Solus urzekł mnie po raz pierwszy w życiu swą „prawobrzegową” elegancją, nutami grafitu, żwirowością równoważącą soczysty, świetnej jakości owoc. Klasa!

Słówko w obronie bankiera-masarza

Nie było też wcale źle przy stoliku Zoly’ego Heimanna z Szekszárdu, ex-bankiera, a prywatnie wytwórcę świetnych wędlin z mangalicy. Dobrze „piło się” jego bardzo (jak na odmianę) kwasowe Viognier 2011. Boromissza 2010 (kupaż merlota z kadarką, cabernet frankiem i kékfrankosem) okazał się charakternym, prostolinijnym, owocowo-ziemistym winem na co dzień (w Polsce 43 zł, ale na Węgrzech już tylko 1600 ft). Poważniejszy Birtokbor 2008 (CF/ME/KF) przy dość potężnej materii nie stracił nic z „pijalności” lżejszych win Zoly’ego. Barbar 2009 (ME/CF/tannat) robił karierę wśród części publiczności (pan z badżem „Wine Lover” wychylił przy mnie trzy kieliszki, po czym na koniec imprezy wrócił po kolejny) – to wino skoncentrowane, mocne i ciężkie, ale wciąż bardzo dobrze kwasowe i z pewnością nie karykaturalne.

Na „Furmint & Friends” pokazały się Węgry takie, jakie lubimy najbardziej: poszukujące i zarazem czerpiące z bogatej tradycji. Cieszę się, że zaraz po świętach ruszam nad Balaton i do Egeru. Piątkowa degustacja zaostrzyła apetyt.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | 7 komentarzy

Mendoza w 26 odsłonach

Podróż z Salty do Mendozy trwa samolotem godzinę z hakiem – samochodem dwa dni (ok.1300 km). Kto się na nią zdobędzie może pełnoprawnie i z dumą nosić t-shirt ze znakiem słynnej drogi nr 40. Z Argentyny wracam bez koszulki – z braku czasu wybraliśmy lot. Poniżej fotowrażenia z pobytu w najbardziej znanym regionie winiarskim kraju.

Gdyby nie Andy, Mendoza mogłaby uchodzić za krajobrazowo najnudniejszy region winiarski na świecie. Dające legendarne malbeki winnice pokrywają płaskie, monotonne przedgórze. Gdy jednak rozstąpią się poranne chmury, na horyzoncie pojawiają się pokryte wiecznym śniegiem sześciotysięczniki. Na zdjęciu Cerro El Plata (6050 m n.p.m.) widziane z winnic w okolicach Ugarteche, w południowej części podregionu Luján de Cuyo.

Mało kto pamięta, że malbec, dziś uważany za argentyńską specjalność, był dekady temu najbardziej rozpowszechnioną odmianą w Bordeaux. Za ocean wywiózł go w połowie XIX w. francuski agronom Miguel Pouget. Stare krzewy (niektóre z parceli liczą ponad sto lat) dają jedne z najbardziej złożonych malbeków w Mendozie. Na zdjęciu parcela nieszczepionych krzewów malbeka w Perdriel z 1928 r. należąca do winnicy Mendel, spółki winemakera Roberto de la Moty i Annabelle Sielecki, córki urodzonego w Polsce w 1909 r. Mendela Sieleckiego, który wyemigrował do Argentyny.

Winnice w Mendozie wymagają podlewania. Najczęściej stosuje się nawadnianie kropelkowe, jednak niektóre nawet najbardziej innowacyjne winiarnie, takie jak Achaval Ferrer, w niektórych parcelach stosują podlewanie zalewowe (do płytkich rowów między rzędami winorośli doprowadza się wodę z pobliskiego strumienia). Zdaniem winogrodników z Achaval Ferrer system korzeniowy starych krzewów (te na zdjęciu w Finca Bella Vista pod Perdriel liczą 103 lata) jest przyzwyczajony do tego rodzaju nawadniania, a zmiana nie ma sensu.

Tradycyjne podejście do uprawy winorośli nie przeszkadza winemakerowi z Achaval Ferrer, Roberto Cipressiemu (w Toskanii robi m.in. brunello di Montalcino) wykorzystywać nowoczesnych technik takich jak mikroutlenianie.

Mendoza to region wiecznie zagrożony gradobiciem. Kulki lodu potrafią skutecznie zniszczyć tu cały plon i krzewy. Dlatego większość winiarzy nie ryzykuje i rozpina w winnicach siatki mające chronić dojrzewające grona. Krytycy tej metody twierdzą, że pod warstwą czarnego plastiku owoce czują się jak w piecyku. Piłem w Argentynie znakomite wina robione z winogron chronionych siatką i tych rosnących bez ochrony (próbowałem też zupełnie słabych, ugotowanych win z owoców z obu typów winnic).

Andrej Razumovsky (ma korzenie ukraińskie choć jest synem Dunki i Austriaka) jest jednym z nielicznych winiarzy biodynamicznych w Argentynie. Jego projekt pod Ugarteche nosi nazwę Alpamanta, co w języku Indian Mapuche znaczy miłość do ziemi. Wg Razumovsky’ego w całej Argentynie jest raptem czterech biodynamików: dwóch w Patagonii, jeden w Salcie i on sam w całej Mendozie.

Razumovsky przygotowuje preparaty pod okiem lokalnego guru biodynamo, René Piamonte. Na zdjęciu suszenie kwiatów mlecza, które trafią do „herbatki”.

A tak dojrzewają biodynamiczne preparaty Razumovsky’ego

W Alpamanta wszystko jest precyzyjnie policzone

Andrej wyjaśnia szczegóły przygotowania ostatecznego preparatu. Oprócz określonego czasu i kierunku mieszania mikstury trzeba patrzeć na winnicę by mieć w czasie tej pracy pozytywną energię.
Inaczej niż mogłoby się niektórym wydawać, Razumovsky nie ma w sobie nic z szarlatana. Twardo stąpa po ziemi – wina robi na razie u sąsiada czekając na lepszą sytuację ekonomiczną w Argentynie (dzisiejsza inflacja nie pozwala na inwestycję). Jednocześnie jego wina mają niezwykłą, jak na Luján de Cuyo lekkość i równowagę, nie są w najmniejszym stopniu freakowe (choć dalekie od głównego nurtu) i jak na młody wiek krzewów – bardzo złożone.

Pełnoprawny członek załogi Alpamanty, nieodzowny w krajobrazie winnicy biodynamicznej.

W marcu z Argentynie rozpoczęły się zbiory – w tym roku nieco wcześniej niż zwykle. Do winiarni trafiły już owoce torrontesa i chardonnay (na zdjęciu) oraz pierwsze czerwone grona z cieplejszych siedlisk.

Stół sortowniczy jest dziś niemal w każdej Argentyńskiej winiarni. Ten na zdjęciach znajduje się w winiarni Atamisque w Valle de Uco.

Maceracja pierwszych owoców malbeka

Przetaczanie pierwszego czerwonego wina AD 2012

Jeden z argentyńskich gigantów, Trapiche, przeniósł się kilka lat temu do nowej siedziby – jest nią wybudowana wiek temu przez Włochów, nieużywana przez ostatnie 40 lat i odbudowana przez Trapiche winiarnia pod Perdriel.

W podziemiach pod szklaną piramidą kryje się sala degustacyjna.

Daniel Pi, główny winemaker Trapiche wieży w assemblage: szczepów, siedlisk, win dojrzewających w różnych beczkach.

W czasie technicznej degustacji próbowaliśmy m.in. win z tego samego zbioru i siedliska poddanych dojrzewaniu w różnych beczkach, malbeków z kilku terroir, a także zarażonego lekkim brettem cabernet sauvignon z Cafayate (po stwierdzeniu obecności tych drożdży cały osprzęt winiarni został zniszczony, a wnętrza wysterylizowane).

To się nazywa brak szczęścia – w dzień spędzony w Valle de Uco, dolinie położonej najbliżej Andów, nad górami zalegały ciężkie deszczowe chmury. Na zdjęciu winnica DiamAndes, jednego z udziałowców słynnego projektu Clos de los Siete dowodzonego przez winiarskiego (anty)bohatera, francuskiego konsultanta, Michela Rollanda (przez winnice biegnie Avenue Michel Rolland). Dobra wiadomość brzmi: w viognier i chardonnay DiamAndes Rolland zalecił w 2011 r. dojrzewanie 30% kupażu w stali (w 2010 r. 100% w dębie, w tym 70% w nowym) oraz poddanie fermentacji malolaktycznej tylko połowy blendu (w 2010 – 100 %). W efekcie wina są wyraźnie lżejsze i bardziej rześkie. Także nowy (2009) kupaż Clos de los Siete jest wyraźniej mniej beczkowy, ze świeżym owocem i świetnie kwasowy i harmonijny. Cud? A może otwartość na zmianę światowych trendów…

Gdy przed wyjazdem do Argentyny nieopatrznie zwierzyłem się pewnej rosyjskiej dziennikarce, że wybieram się do Mendozy skrzywiła się tylko i rzekła z cudownie moskiewskim akcentem: łaj du ju goł dzer? Ic e sacz e pur kantry; der ar soł meny old kars… W tym ostatnim miała niewątpliwie rację.

Stare czy nowe, mniej lub bardziej zdezelowane – pick-upy są największymi przyjaciółmi argentyńskich pracowników winnic.

Mendoza wczesnym rankiem (w pierwszy dniach jesieni słońce wstaje tu dopiero ok. 07:30) – rozległe, choć nisko zabudowane miasto (hotel w którym spałem jest jednym z kilku ledwie wieżowców). Sporo sklepów z winem oraz kilka świetnych… piwiarni (z muzyką na żywo i niekoniecznie musi być to tango), w których dobrze zmienia się pH po całym dniu degustowania malbeka.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

48 godzin w Salta

Teoretycznie nie ma nic prostszego niż dostać się do Salty. Samolot z Buenos Aires lata do tego położonego na północnym-zachodzie Argentyny miasta przynajmniej dwa razy dziennie. Lądowanie w Salcie nie oznacza jednak znalezienia się w regionie winiarskim o tej samej nazwie.

Podróżuję po Argentynie na zaproszenie organizacji Wines of Argentina z grupą dziennikarzy winiarskich z Czech, Holandii i Irlandii. Nieduży bus zabiera nas z lotniska w Salcie. Na pokładzie woda i butelki popularnego w Argentynie piwa Quilmes. Na obrzeżach Salty zatrzymujemy się jeszcze przy kiosku, z którego nasz przewodnik przynosi kartonowe pudełka pełne empanadas, gorących pierożków z siekanym mięsem oraz z serem i szynką. Do Cafayate daleka droga – niby tylko 180 km, ale przez góry, a to oznacza 5 godzin jazdy.

Po sennym początku, mniej więcej 100 km za Saltą wjeżdżamy w pasmo czerwonych skał wyżłobionych przez Rio de las Conchas wijącą się wzdłuż drogi nr 68. Rzeka płynie rwącym nurtem. Kilkukrotnie musimy skorzystać z objazdu widząc, jak główna szosa niknie gdzieś w odmętach brunatnej wody. Po drodze kilka atrakcji turystycznych: Garganta del Diablo i El Anfiteatro czyli wyjątkowo malownicze formacje skalne i punkt widokowy na przełęczy „Trzech krzyży”, gdzie spotykam zresztą polskich podróżników (-poczekaj, aż te dziewczyny się odsuną-).

Wreszcie, o zachodzie słońca Cafayate – miasteczko jednopiętrowych domków zbudowanych na siatce prostopadle przecinających się ulic opasującej kwadratowy plac z kilkoma restauracjami, sklepami z „indiańskim” rękodziełem dla turystów i paroma hotelami. Także kilka winotek, bo Cafayate to prawdziwa stolica winiarskiej Salty.

Śpimy kilka kilometrów dalej, pod Tolombón, w niedużym hotelu Alta La Luna otoczonym winnicami, które tutaj podchodzą pod samo pasmo wysokich gór. Kolacja na miejscu – mamy szczęście, bo wina dla hotelu robi sam Jose Luis Mounier, zwany też Señor Torrontés, postać dla Salty, zwłaszcza zaś dla odmiany torrontés, emblematyczna. Jego biała Alta La Luna jest bardzo aromatyczna, pełna nut świeżych winogron, lekko muszkatowa, w swej szczodrości całkowicie wytrawna i świetnie pasująca do pierożków nadziewanych warzywami i mięsem kurczaka.

Rano, jeszcze przed śniadaniem wypuszczam się na krótki spacer do Tolombón. W sam raz by zobaczyć wschód słońca nad pasmem Aconquija – promienie liżą najpierw szczyty leżącej po zachodniej stronie doliny grupy Famatima, potem spływają do winnic niemal całkowicie zajmujących dno Calchaqui – głównej doliny winiarskiej Salty.

Pierwsza wizyta w winiarni Amalaya – w języku Indian znaczy to tyle co czekając na cud, jednak tu na cud nikt nie czeka. O 10:00 zebrane chłodnym świtem owoce torrontésa czekają już w skrzynkach na selekcję. Tutejszy enolog pokazuje w jednej ręce kiść zielonych gron, które mają wnieść do kupażu kwasowość, w drugiej owoce częściowo przejrzałe, zebrane w tym samym czasie, w tej samej winnicy. Jak to możliwe? W Salta nie brak upraw torrontésa puszczonych na pergoli. Odpowiedni sposób przycinania liści sprawia, że część owoców jest bardziej eksponowana na słońce i dojrzewa szybciej dając winu dojrzałe, miodowe aromaty.

Amalaya należy do Donalda Hessa, szwajcarskiego magnata, który kolekcjonuje sztukę i winiarnie (m.in. Hess Collection w Napa Valley, Peter Lehman w Barrosie, Glen Carlou w Paarl). W Salcie, oprócz Amalayi ma też drugą winiarnię, Colomé, w której przerabiane są owoce z wyżej położonych winnic. Wyżej oznacza w Salta ponad 2000 m n.p.m. Rekordowa parcela leży na 3100 m n.p.m. Winnice wokół Cafayate rosną nieco niżej, ok. 1700 m n.p.m. Wysokość sprawia, że tuż przed zbiorami różnica temperatur między dniem, a nocą może sięgnąć nawet 25˚C, co powoduje, że grona zachowują świeżość i są w stanie osiągnąć optymalną dojrzałość. W czasie degustacji porównujemy m.in. torrontésa z Amalaya i z Colomé. Pierwszy jest szczodrym, atrakcyjnym, krągłym i bardzo aromatycznym winem; drugi zachowuje powściągliwość, więcej w nim nut trawiastych niż muszkatowych, gdy jednak zostawić go na pół godziny w kieliszku pokazuje mineralny pazur i większą złożoność.

Kolejny przystanek u jednego z największych argentyńskich producentów – Felix Lavaque, znanego w Polsce z prostych win z serii Quara. Pracuje tu wspomniany już Jose Luis Mounier, a objawieniem degustacji jest jego Felix Torrontés, żywiołowe, zrobione na bogato, ale wciąż eleganckie wino podkręcone nieco dębem (co dziwi nawet argentyńskich winiarzy). Jest w nim nuta jaśminu i miodu, przede wszystkim jednak złożona mineralna struktura – Mounier ma do dyspozycji 95-letnie krzewy torrontésa i potrafi to wykorzystać.

Wieczorem, w restauracji Terruño w Cafayate zamawiamy jeszcze jednego torrontésa J.L. Mouniera, tym razem z jego własnej winiarni, Finca Las Nubes. Wino jest mniej widowiskowe, bardziej prostolinijne od tych, które winiarz robi dla innych – piaskowe, czyste, z typową dla odmiany goryczką znaną z owoców cytrusowych. Niebezpiecznie łatwo gasi pragnienie, a do pomidorów ze świeżym kozim serem z Salty wydaje się wręcz idealne.

Na rynku w Cafayate słychać niemal wyłącznie angielski. Miasteczko pełne jest Amerykanów w średnim wieku odbywających swoją podróż po Argentynie, w której znalazło się miejsce także na ruta del vino. Zupełnie słusznie. Salta, zachowując wszelkie proporcje odnośnie wielkości produkcji, skutecznie wychodzi z cienia Mendozy. Oprócz świetnych torrontésów postaje tu dużo rześkich win czerwonych z malbeka, tannata czy caberneta (napiszę o nich więcej w czerwcowym Magazynie WINO). W dolinie Calchaqui pracuje co najmniej kilku wiodących argentyńskich producentów, inwestorzy chętnie wkładają w region pieniądze – przyszłość przed Saltą rysuje się więc jasna.

Jest świt. Moi towarzysze podróży śpią. Poranne słońce oświetla czerwone skały w dolinie Las Conchas. Jedziemy powoli. Kręta droga pełna jest wertepów i objazdów. Robotnicy naprawiają osuwisko. Rio de las Conchas uparcie podmywa tymczasem kolejny zakręt. Czasem na szosie pojawi się krowa. W Salta czeka samolot do Mendozy.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Z archiwum: o Hitlerze i winie słów kilka

Andrzej Daszkiewicz wyłowił w sieci etykietę wina z Adolfem Hitlerem, co przypomniało mi, że kiedyś się tym tematem zająłem. Poniżej tekst jednego z felietonów w Radiu PIN z lutego 2007 r.

Są rzeczy, które budzą mój, może nawet nie tyle sprzeciw, co zdecydowanie niesmak. Światek kolekcjonerów wina obiegła oto wiadomość, jakoby na aukcji w Plymouth w tym tygodniu (luty 2007 r. – przyp. aut.) sprzedane miało być tzw. wino Hitlera. Konkretnie zaś jedna z butelek o wdzięcznej nazwie Führerwein, które Adolf miał rozdawać wysokim oficerom nazitowskiej armii 20 kwietnia 1943 roku z okazji swych 54 urodzin. Zawartość flaszki określana jest dość enigmatycznie jako Schwarzer Tafelwein, a jest po prostu niemieckim stołowym winem czerwonym. Na dobrze zachowanej etykiecie Hitler jak żywy, w krawacie i marynarce. Butelkę wystawia na aukcji kolekcjoner z Devon. Dostał ją od anonimowego znalazcy z Francji. Tamten zaś twierdzi, że odkrył Führerwein w jakimś garażu we Francji. Kolekcjoner z Devon spodziewa się dostać 500 funtów. Czy dostanie? Pewnie tak – świat pełen jest świrów zbierających z dziką satysfakcją wszelkie przedmioty, byleby była na nich swastyka. Wystarczy pojechać na warszawskie Koło, by nabyć talerzyk z gapą na odwrocie. Torcik wedlowski stanąłby mi wprawdzie w gardle, gdybym miał go jeść z nazistowskiego fajansu, ale cóż…
(Ostatecznie flaszka poszła za 3995 funtów – przyp. aut.)

To, że w butelce Führerwein wino jest martwe jest niemal pewne, więc wiadomo, że chodzi o sam fakt, kto tę flaszkę w ręku trzymał! Cała historia nie byłaby funta kłaków warta, gdyby nie przypomniała mi o innej, sprzed kilku lat. We włoskim Friuli niejaki Andrea Lunardelli sprzedaje od 12 lat wino z identyczną nazwą i portretem Hitlera. Zawartość jest już współczesna. Pod hasłem Führerwein można napić się zatem fruliańskiego cabernet franc, czy merlota. Różnych etykiet z Hitlerem jest co najmniej kilkanaście. „Ein Volk, ein Reich, ein Führer”, „Sieg Heil” – to kolejne sympatyczne hasła wypisane poniżej wizerunku srogiego wodza III Rzeszy. Pojawienie się win na rynku wywołało skandal, ale Lunardelli podobno odniósł sukces. Wygrał proces o prawo do używania na etykietach wizerunku masowego mordercy i twierdzi, że robi to wyłącznie dla pieniędzy. W jego tak zwanej „Historycznej kolekcji” widnieją też inne przyjemne postaci: Mussolini, Stalin, Lenin i, jakby dla usprawiedliwienia pseudohistoryczności przedsięwzięcia, pojedyncze flaszki z Churchillem, Marxem, a nawet cesarzową Sissi.

Zastanawiam się jak musi wyglądać wieczór miłośników win Lunardellego: Panowie! Co walimy na początek? Mam na aperitif pyszne prosecco Vom Führer. Jasne polej. A do przekąski walniemy hitlera, czy może stalina? Dawaj hitlera, dobrze wchodzi pod małosolne, tylko ten „Sieg Heil”, bo jakiś taki mniej kwaśny chyba. Masz, popraw „Deutschland über alles”. Jednym zdaniem zabawa na całego. Mało Wam Hitlera? Lunardelli jest winiarzem bardzo wyrafinowanym. W swojej bogatej kolekcji, obok win z gołymi babkami, Che Guevarrą, czy „Krzykiem” Edwarda Muncha ma też prosecco z wizerunkiem picassowskiej Guerniki – kubistycznego obrazu upamietniającego zbombardowanie tego północnohiszpańskiego miasta przez Luftwaffe i włoskie bombowce 26 kwietnia 1937 roku. To w końcu logiczne – wieczór degustacyjny pod hasłem „Twórcy i ich dzieło”. Smacznego.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy